Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Punk nie umarł, ma się świetnie

Legenda polskiego punk rocka, promotor Ustrzyk, miłośnik Bieszczad, kompozytor i artysta niezależny. Z Eugeniuszem „Siczką” Olejarczykiem, liderem zespołu KSU, obecnym na polskiej scenie muzycznej od 40 lat, rozmawia Hanna Merchel-Rapanotti.

„Drugie dno to twoja obsesja, chcesz by inni za ciebie myśleli, własnej prawdy poszukaj w sobie, obcą drogą nigdy nie idź. Nasze słowa to tylko tyle, ile w duszy jest bólu i radości, nienawiść mamy dla wrogów, a dla swoich iluzję wolności”. Słucham jednego z utworów KSU z płyty Akustycznie, jadąc do Ustrzyk Dolnych na spotkanie z Siczką. Zaprasza mnie do domu. Siadamy w studiu, w którym tworzy. Sporą cześć przestrzeni zajmuje sprzęt do komponowania. Na ścianie sześć gitar. Na stoliku przy balkonie popielniczka. Siczka odpala papierosa, zaczynamy.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Skąd pojawił się pomysł, aby w 1978 roku założyć zespół punk rockowy?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: To nie był tylko mój pomysł, ale również ludzi, z którymi grałem. W 1977 roku założyliśmy kapelę wraz z moimi czterema kolegami. Mieliśmy po kilkanaście lat. Rok później przyjęliśmy nazwę KSU, która wywodziła się od tablic rejestracyjnych wydawanych dla pojazdów w ówczesnym województwie krośnieńskim, w tym także w Ustrzykach Dolnych. I zaczęliśmy grać punk rocka.

Hanna Merchel-Rapanotti: Jesteście jedną z pierwszych kapel punk rockowych w Polsce?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Nie wiem czy byliśmy pionierami. Z tego co pamiętam, jakieś kapele powstały jeszcze przed nami, pierwsze na wybrzeżu, między innymi w Gdańsku, ale także i w Warszawie. W Polsce na pewno pierwsi nie byliśmy. Powstaliśmy niedługo po nich. Można powiedzieć, że zaliczamy się do grona jednych z pierwszych kapel punk rockowy w Polsce.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Dlaczego wpisaliście się właśnie w ten nurt?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Dlatego że muzyka punk rockowa była bardzo prosta. Dopiero zaczynaliśmy grać i można powiedzieć, że uczyliśmy się. Graliśmy początkowo covery zachodnich kapel, bo one były łatwe, prosta gitara. Dopiero po kliku latach zacząłem komponować własne utwory.

Hanna Merchel-Rapanotti: Dzisiaj, aby zaistnieć w show biznesie, młodzi ludzie najczęściej rozpoczynają karierę od występu w jakimś talent show. Jak to się robiło 40 lat temu? Jakie były wasze pierwsze kroki?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Nam było ciężko na początku, bo wiadomo, skąd jesteśmy, z końca świata. Dzięki Kazikowi udało się dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Dziś rzeczywiście wygląda to inaczej. Młodzi ludzie występują w programach rozrywkowych z nadzieją, że pomoże to otworzyć drzwi do sławy. Niestety, po zwycięstwie w takim programie uczestnik jest zobowiązany podpisać kilkuletni kontrakt, który pozbawia go swobody tworzenia. Za niego będą decydować ludzie z branży i oni w znacznym stopniu będą wpływać na twórczość młodego artysty. Znam jedną polsko-ukraińską kapelę, która grała świetny rock połączony z folkiem, a po zwycięstwie w jednym z takich konkursów zupełnie zmienili styl, który już interesujący nie jest. To jest przykład niszczenia tych młodych muzyków. Są to zdolni artyści, którzy kończą gdzieś przy jakiś kompozycjach prymitywnego popu.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Wy zaczynaliście sami, nie mieliście menedżera, byliście niezależni?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Nie, nie mieliśmy menedżera, byliśmy absolutnie niezależni. Działaliśmy na podstawie różnych kontaktów w wielu miastach. Na początku jednak graliśmy bardzo mało koncertów, w zasadzie tylko w Ustrzykach, szczególnie podczas wakacji, kiedy przyjeżdżali turyści. Nie byliśmy jeszcze wtedy rozpoznawalni. Bardzo dużo zaczęliśmy koncertować dopiero pod koniec lat 80.

Hanna Merchel-Rapanotti: Na scenie jesteście już 40 lat, na czym polega wasz sukces?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Przede wszystkim byliśmy obecni przez cały czas. Nie robiliśmy przerw w graniu, tak jak robiło to wiele zespołów. Po takich dłuższych przerwach trudno jest wrócić. Nie można pojawiać się na scenie tylko z okazji kolejnej rocznicy powstania zespołu. Trzeba być aktywnym. Drugą istotną rzeczą jest nagrywanie nowych płyt. Nie można istnieć tylko na kilku powtarzanych, utartych kawałkach. Jeśli artysta nie ma nic nowego do pokazania, to znika ze sceny. Nasz sukces jest oparty na miłości do muzyki i uporze. Poza tym naszym atutem jest szczerość zawarta w naszych tekstach. Nasze przesłanie trafia do ludzi, ponieważ jest autentyczne. W dzisiejszym świecie brakuje szczerości. Zalani jesteśmy kłamstwem. Wykreowaliśmy też nasz charakterystyczny styl muzyczny, który nas wyróżnia. Dlatego nie możemy mówić o konkurencji w muzyce, bo każdy zespół tworzy w jakimś innym kierunku, każdy gra co innego. Może są kapele, które mają zbliżony styl do siebie i wtedy możemy mówić o konkurowaniu. Dla mnie Kult, T Love czy Dezerter nie są konkurencją, mamy zupełnie różne style. Jest to zupełnie inna muzyka i inne przesłanie.

Hanna Merchel-Rapanotti: Skład zespołu zmieniał się wiele razy przez lata, a ty trwasz od początku.

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: W naszym przypadku skład nie miał aż tak istotnego znaczenia, ponieważ dobierałem zawsze dobrych muzyków. Ważne jest, że wszystkie utwory komponuję sam i ode mnie zależy, jaka ta muzyka będzie. Skład zespołu nie ma wielkiego wpływu na to, jaką muzykę gramy. Jeśli ktoś ma jakiś ciekawy pomysł, to może oczywiście coś dołożyć. Jednak nie pozwalam na istotną ingerencję w utwory muzykom, którzy przychodzą i odchodzą, ponieważ zabrakłoby w nich spójności. Próbuję zachować jednolity styl. Wiadomo, że każda kolejna płyta nie będzie taka sama jak ta pierwsza czy druga, ponieważ w miarę upływu czasu zmieniamy się. Jednak pozostajemy w tym samym klimacie. Każdy zespół powinien z biegiem czasu się rozwijać. Obecnie współpracujemy z zespołem Orkiestra Jednej Góry Matragona, który uzupełnia nasze płyty o część akustyczną.

Hanna Merchel-Rapanotti: Byłam na waszym koncercie z okazji 40-lecia w Ustrzykach. Przyszli tam ludzie trzech pokoleń: młodzież, dzieci i starsi. Jesteście kapelą ponadpokoleniową?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Był to najcięższy koncert w moim życiu. Próby z Anją Orthodox i Oleyem (Proletaryat) nie miały końca. Głównie Anka naciskała. Jeździliśmy do Sanoka, gdzie graliśmy wiele godzin, aby wszystko dopracować w szczegółach. Trochę ćwiczyliśmy też z Matragoną. Myślę, że po 40 latach na scenie można powiedzieć, że jesteśmy kapelą ponadpokoleniową. Rzeczywiście na nasze koncerty przychodzą ludzie w różnym wieku, również z dziećmi na barana i starsi ode mnie.

Hanna Merchel-Rapanotti: Niektórzy mówią, że KSU nie jest już tym zespołem, który idzie pod prąd, tylko płyniecie z prądem. Jak to jest?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Przeciw komu powinniśmy się dziś buntować? Przeciw politykom? Naród należałoby obudzić rzeczywiście. W mediach co rusz pojawiają się nowe powody ku przebudzeniu, ale naród śpi (śmiech). Wierzę, że to się skończy jesienią, podczas wyborów. Są jednak takie znane kapele w Polsce, które współpracują z tymi, z którymi nie chcieliby się obudzić. Dzisiaj mamy takie trudne czasy, że niektórzy muzycy boją się grać na imprezach, tych „niepoprawnych”. Taki Big Cyc nie ma teraz łatwego życia. Dotyczy to większości artystów, którym nie po drodze z obecną władzą. Kiedy zaczynaliśmy, to były inne czasy, inny ustrój i inna rzeczywistość. Mieliśmy problemy z cenzurą naszych tekstów. Jednak jeśli nie przechodziły one w Krośnie, to jechaliśmy do Warszawy i tam przechodziły. Wiadomo, że jeśli tekst zawierał czytelną propagandę antyrządową, to takie utwory były cenzurowane. Jednak ukrytych treści antykomunistycznych cenzura często się nie dopatrywała. Nie byli oni zbyt bystrzy, nie rozumieli tych tekstów.

Hanna Merchel-Rapanotti: Byliście postrzegani w tamtych czasach jako przeciwnicy ustroju.

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Oczywiście służby próbowały na różne sposoby nas zastraszać, dążąc do wrobienia nas w handel narkotykami czy alkoholem, ale zawsze kończyło się jedynie na pogróżkach ze strony milicji. Brak dostępu do zachodniej muzyki rockowej nakłonił nas do wysłania listu do Radia Wolna Europa z prośbą o emisję. Ku naszemu zdziwieniu pojawił się cykl audycji z dedykacją dla słuchaczy z Bieszczad. Z tego właśnie powodu zaczęły się kłopoty z SB: rewizje mieszkań, przesłuchania, cenzura korespondencji. Popieraliśmy też ideę Wolnej Republiki Bieszczad i tymi działaniami też naraziliśmy się bezpiece.

Hanna Merchel-Rapanotti: W okresie transformacji na scenie muzycznej pojawiało się wiele zespołów punk rockowych, które z biegiem czasu zniknęły. Zabrakło dla nich miejsca?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Niektóre z tych zespołów później reaktywowały się na chwilę, niektóre wciąż próbują się reaktywować i rzeczywiście różnie to z nimi bywało.

Hanna Merchel-Rapanotti: Jakieś stracone szanse?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Tak, początki naszej kariery mogły potoczyć się inaczej. Agencja, która wydawała nasze dwie pierwsze płyty w Warszawie, zorganizowała szerokie działania promocyjne. Mieliśmy nakręcić teledysk reklamowy do drugiej płyty. Agencja zorganizowała ekipę telewizyjną, która przyjechała do Ustrzyk, a my nie przyszliśmy na zdjęcia. Płyta została wydana, jednak bez promocji i tu sporo straciliśmy. Ale ogólnie to były czasy, kiedy kapela nadużywała alkoholu i wszystko nam było obojętne. Jednak po wielu latach zrozumiałem, że nie tędy droga. Po alkohol teraz sięgam naprawdę rzadko, okazjonalnie. Pomimo tych alkoholowych problemów – i to chyba było dla zespołu największe zagrożenie – cały czas graliśmy.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Zespół przez te 40 lat przeszedł swoistą transformację. Zaczynaliście od grania punk rocka, później na 30-lecie ukazała się płyta akustycznie, a najnowszy krążek ma być połączeniem tego mocnego punkowego brzmienia i akustyki?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Do nowej płyty na razie mamy jeden utwór punk rockowy, trzy akustyczne, a pozostałym bliżej do grunge rocka. Będzie ona porównywalna w stylu do ostatniej płyty, jednak zdecydowanie więcej będzie utworów akustycznych. Na poprzedniej płycie było ich niewiele. Trzy akustyczne są już gotowe, chciałbym skomponować jeszcze jeden. Pozostałe będą rockowe, ostrzejsze w brzmieniu, tego mi jeszcze brakuje. Kontuzja palca niestety nie ułatwia mi zadania. To jest uraz związany z wieloletnim graniem. Kostkę trzymam w nietypowy sposób i stąd problemy ze stawem. Wyleczyć można to jedynie operacyjnie, ale lekarze nie dają gwarancji.

Hanna Merchel-Rapanotti: Kiedy ukaże się płyta?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Jeszcze nad nią pracujemy, chcielibyśmy wydać ją na wiosnę. Wiele numerów zacząłem, ale jeszcze nie skończyłem. Póki co nie zabieram się za nie, bo szukam jeszcze czegoś nowego.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Które brzemienia są ci dziś bliższe, punk rockowe czy akustyczne?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Dzisiaj podobają mi się brzmienia rockowe, elektryczne i akustyczne, w zasadzie jedne i drugie. Obecnie wykonania utworów podobają mi się dużo bardziej niż te sprzed lat, ponieważ technologia nagrywania daje dużo lepsze możliwości i efekty. Wszystkie płyty na świecie brzmią zdecydowanie lepiej. Jak się słucha płyt z lat 70. czy nawet 80., to one mają płaskie brzmienie. Studia nagraniowe były jeszcze analogowe i inaczej akustycy zgrywali utwory. Słyszałem ostatnio płytę, którą Lady Pank reaktywował po wielu latach. Ta pierwsza jest w brzmieniu bardzo płaska. Różnica nie do porównania.

Hanna Merchel-Rapanotti: W ostatnim czasie wydaliście książkę.

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: To jest wywiad rzeka, który opowiada o moim życiu począwszy od dzieciństwa do czasów współczesnych. Są wspomnienia muzyczne, ale przede wszystkim pokazane jest moje życie i życie mojego brata, różne ciekawe momenty. Opowiadam też o służbie w wojsku. Wielu muzyków omija ten etap w biografii, bo udało im się uchylić (śmiech), mi się niestety nie udało. Przeżyłem to i mogłem to szerzej opisać. Śpiewałem też o tym w utworze Skazany na 716 dni.

Hanna Merchel-Rapanotti: Kiedy zaczynaliście w 1978 r., spodziewaliście się tej sławy? Jesteście dziś zespołem rozpoznawalnym nie tylko w Ustrzykach?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Nie, absolutnie nie. Miało być lokalnie, a popłynęło.

Hanna Merchel-Rapanotti: Jak wygląda codzienne życie legendy punk rocka i Bieszczad?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Sporo czasu spędzam w domu na komponowaniu. W wolnych chwilach oglądam dużo koncertów na Blu-ray. Wciągają mnie też filmy, najbardziej historyczne, oparte na faktach. Do miasta wychodzę rzadko. Latem moje życie w Ustrzykach jest bardzo uciążliwe. Kiedy przyjadą turyści, nachodzą nas w dzień i w nocy. Nie mogę komponować, spać, odpoczywać. Ale niedługo to się zmieni. Zamierzam wyprowadzić się z Ustrzyk. Nikt nie będzie znał mojego adresu. Potrzebuję więcej prywatności i spokoju. Ludzie są różni, niektórzy natrętni, nierozumiejący i nieszanujący prywatności. Na szczęście nie wszyscy tacy są. Czasami przychodzą całe rodziny po autografy, zdjęcia. Jedni wychodzą, drudzy pukają. I tak w kółko.

Hanna Merchel-Rapanotti: Jakiej muzyki teraz słuchasz?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: W ostatnich latach najczęściej grunge rocka, choć nie ma obecnie dobrych kapel grunge’owych . Cenię Soundgarden, Nirvana, Alice in Chains, Pearl Jam. Ale ogólne słucham starego rocka Black Sabbath, Led Zeppelin, pierwszych płyt Deep Purple, trochę glam rocka. Ostatnio sięgam też po bluesa i jazz rocka, który od kilku lat mi się podoba. I metalu też, choć rzadziej, bo po dłuższym czasie robi się monotonny. Zależy jaki metal oczywiście. Ogólnie jestem fanem starej muzyki z lat 60. i 70. W połowie lat 70. widzimy upadek muzyki rockowej. Potem jedynie klika kapel grunge’owych dobrze grało. Natomiast w jazz rocku cały czas coś się dzieje. W muzyce rockowej kiepsko.

 

 

Hanna Merchel-Rapanotti: Krótka historia Ustrzyk?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Były półwiochą (śmiech), a teraz są ładnym miasteczkiem. Głównie jest to zasługa Unii Europejskiej. Od przystąpienia do Wspólnoty miasto zaczęło się zmieniać: chodniki, drogi, elewacje budynków, wszystko wyładniało. Nie uda się tej ekipie rządzącej z Unii nas wyprowadzić. Zbyt dużo Unii zawdzięczamy.

Hanna Merchel-Rapanotti: A piosenka o Ustrzykach, którą promujecie miasto i region?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Utwór promuje Ustrzyki, oprócz jednej zwrotki, którą wyrzuciliśmy.

Hanna Merchel-Rapanotti: Masz jakieś marzenia?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Mieć spokój, aby móc komponować, tworzyć, nagrywać gitary i wokale i żeby nikt mi w tym nie przeszkadzał. Komponuję wszystkie utwory sam, napisałem także kilka tekstów, natomiast głównym tekściarzem KSU jest Michał Broda. Oprócz niego korzystam także z twórczości Rafała Rękosiewicza oraz Marcina Stefańskiego. Poza tym nie odpowiadają mi teksty innych twórców.

Hanna Merchel-Rapanotti: Na koniec chciałam zapytać, czym są dla ciebie Bieszczady?

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Moi życiem, tu się urodziłem i tu przeżyłem dotychczasowe lata. Ale teraz czas, aby je opuścić.

Hanna Merchel-Rapanotti: Nie możemy zakończyć naszej rozmowy takim smutnym akcentem…

Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk: Będę wracał. Mam tu wielu znajomych. To jest cena za spokój, którego teraz mi brakuje.

 

Na zakończenie rozmowy umawiamy się na spotkanie przed koncertem, który odbędzie się za kilka dni w Krośnie. Do lokalu wprowadza nas menedżer zespołu, ponieważ na dwie godziny przed rozpoczęciem klub pęka w szwach. Więcej fanów nie pomieści. Spotykamy się w garderobie. Zespół w pełnym składzie, luźna atmosfera. 7-letni Szymon prosi o autografy na płytach. Siczka potrafi docenić każdego, nawet najmłodszego fana. KSU zaczyna grać i od pierwszego kawałka porywa tłum. Tam nie ma ludzi z przypadku. Dla nich ta muzyka jest częścią ich życia, a dla niektórych elementem subkultury, w której się wychowali. Punk nie umarł, ma się świetnie.

 

 

Źródło zdjęć: zdjęcia autorki

Od kilkunastu lat zawodowo zajmuje się komunikacją marketingową, w szczególności promocją, wizualizacją oraz sponsoringiem licznych projektów realizowanych dla poszczególnych grup biznesowych. Prowadziła szkolenia z dziedziny marketingu bezpośredniego dla firm oraz konsultacje indywidualne w ...