Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Miejsca, których (już) nie ma

Kawa z kardamonem paruje w filiżance, za oknem nieśmiało świeci słonce, a my cieszymy się, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, kiedy w lutym 2005 roku, spacerując po zaśnieżonym Łowiczu, zmieniliśmy nasze plany wakacyjne i zamiast do Portugalii postanowiliśmy pojechać do Syrii i Jordanii.

Głównym celem wyjazdu była Jordania, ale ze względu na ceny biletów wylądowaliśmy w Damaszku. Cudownym, starym, głośnym, szalonym, kolorowym, pachnącym przyprawami Damaszku.

 

Damaszek

 

Środek nocy, a temperatura jak w dzień. Dworzec autobusowy zamknięty, ale zostajemy wpuszczeni na teren i nawet dostajemy krzesła, żeby nie siedzieć na schodach. Autobus do Ammanu odjeżdża dopiero o 6 rano.

Po nieco ponad tygodniu zwiedzania Jordanii wracamy do Syrii. I wpadamy w zachwyt. I nie chodzi tu tylko o wspaniałe, historyczne miejsca, ale przede wszystkim o ludzi. Serdecznych, otwartych, pomocnych, uśmiechniętych ludzi. Zaczynamy od Palmiry / Tadmor. Miasto starożytne, ze Świątynią Baala, ruinami starego miasta i pozostałościami obozu rzymskich legionistów. Starożytne miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nad miastem góruje Cytadela, z której oglądamy zachwycający zachód słońca.

 

Palmyra

 

Palmyra

 

Palmyra

 

Zostawiamy kamienne zabytki i jedziemy oglądać drewniane zabytki techniki, czyli przez Homs jedziemy do Hamy, starożytnego miasta, które podczas swojego istnienia przechodziło z rąk do rąk: Asyryjczyków, Babilończyków, Persów, Macedończyków, Rzymian, Bizancjum, Arabów, Krzyżowców, Turków i Francuzów, aby w końcu w 1941 roku stać się częścią Syrii… Ufff, to się działo. W Hamie, która jest miastem-oazą, głównym punktem programu jest oglądanie norii / nurii / naourii, pisownia zależna od źródła. Nurie, czyli koła dostarczające wodę z rzeki na pola uprawne. Wyglądają niesamowicie; piękne, monumentalne, i część z nich jeszcze działa. Ich ważność jest potwierdzona umieszczeniem ryciny przedstawiającej nurie na banknocie 200 Funtów Syryjskich.

 

Aleppo

 

Kolejny przystanek to Aleppo, gdzie właśnie remontowana jest cytadela. Na suku (bazarze) można kupić wszystko, a sam bazar jest podzielony w zależności od asortymentu. Są dwie części, na które można trafić „za nosem”: przyprawy i mięso. I tu po raz pierwszy poczuliśmy taki smród, że niemal można było go dotknąć. Chociaż to było poza sukiem. W samej części, gdzie sprzedawano mięso, było czysto i prawie pachnąco. Mieszkamy w małym hoteliku, niemal w samym centrum. Niedaleko jest cukiernia i kawiarnia z tradycjami, gdzie chodzimy na cudowną kawę z kardamonem i syryjskie słodycze. Małe, słodkie, wypełnione orzechami i pistacjami, opływające miodem i wodą różaną dzieła sztuki. Włóczymy się po mieście, pijemy świeży sok pomarańczowy, oglądamy pozostałości czasów mandatu francuskiego i cieszymy się słońcem. A skoro słońce to i plaża… może nie w naszym rozumieniu, ale czemu nie. Jedziemy do Latakii.

Latakia, jedno z największych miast portowych Syrii, gdzie spotykają się ludzie z całego świata, a na ulicach ma się wrażanie, jakby cały świat przybył do Latakii. Jest inaczej niż na pustyni, inaczej niż w Hamie, ale to w końcu nic dziwnego. Z Latakii zaczynamy zawracać. Jeszcze tylko szybka wizyta w Tartusie, gdzie wpadamy na herbatkę i shishę, i w końcu Damaszek.

 

Damaszek. Meczet Umajjadów

 

Skoro wylatujemy z Damaszku jego zwiedzanie zostawiamy sobie na koniec. A jest co zwiedzać: starożytne miasto wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, którego początki sięgają trzeciego tysiąclecia p.n.e.; stare miasto z drewnianą zabudową, Meczet Umajjadów z VIII wieku, przebudowany z bazyliki św. Jana Chrzciciela, którego grób znajduje się wewnątrz, a Jan Chrzciciel jest czczony przez muzułmanów jako jeden z proroków; cytadela z XIV w. ze stojący przed nią pomnikiem Saladyna górującym nad przechodniami, Mauzoleum Saladyna, wspaniałe medresy (szkoły koraniczne). Do tego pozostałości świątyni Jowisza z III wieku p.n.e. i wspaniały Bazar – Suk al-Hamidijja, po sąsiedzku z cytadelą.

 

Damaszek. Meczet Umajjadów

 

Zaczynamy od Meczetu Umajjadów. Przy wejściu dostaję szary „płaszczyk” z kapturem, ściągamy buty, wchodzimy… i zastygamy w zachwycie. Słońce oświetla miliardy drobniutkich kwadracików, z których stworzone są mozaiki zdobiące wszystkie ściany dziedzińca meczetu. Mozaiki przedstawiają rośliny, budynki, wzory geometryczne… i są wszędzie. Na dziedzińcu kręcą się ludzie, i turyści, i mieszkańcy Damaszku. Dzieci ganiają wszędobylskie gołębie, panowie przygotowują się do modlitwy obmywając ręce, twarz i nogi przy fontannie, całe rodziny spotykają się i rozmawiają w okalających dziedziniec podcieniach. Wchodzimy do meczetu, do środka. I tu jest zupełnie inaczej niż na zewnątrz: kremowe ściany prawie bez zdobień, gdzieniegdzie tylko drobne wzory geometryczne. Na podłodze czerwony dywan, równie skromny jak ściany. Za to sufit to pięknie malowane drewniane sklepienie, mieniące się odcieniami zieleni i złota. Za to w oczy rzucają się wielkie, piękne, kryształowe żyrandole oświetlające wnętrze i grób Jana Chrzciciela, cały z zielonego szkła w „klatce” z marmuru i pozłacanej stali. Jednak meczet to nie tylko miejsce modlitwy, to też miejsce spotkań i miejsce odpoczynku od skwaru na zewnątrz. Bo w sumie czemu nie.

 

Damaszek. Meczet Umajjadów

 

Damaszek. Pomnik Saladyna

 

Zachwyceni i ochłodzeni ruszamy w miasto. Uliczki wiją się między starymi domami; sklepiki i kawiarenki co krok. Stare łączy się z nowym, pozostałości starożytnych łuków i nowe mieszkania; uporządkowane skwery i parki. Kupujemy chałwę, kartki do wysłania, pamiątki, chociaż główne zakupy zostawiamy sobie na suk. Odwiedzamy stary dworzec kolejowy, w którym teraz jest duża księgarnia; zaglądamy do muzeum, odwiedzamy nowszą część miasta, w końcu idziemy na kanapkę (shoarmę) i świeży sok pomarańczowy do, już zaprzyjaźnionego, punktu przy placu niedaleko naszego hotelu. Zbliża się wieczór, najlepszy moment na wizytę na suku. Przez dziurawy dach sączy się światło zachodzącego słońca, sprawiając wrażenie rozgwieżdżonego nieba. Skąd dziury? To po ostrzale francuskich samolotów w 1925 roku, podczas Wielkiej Rewolucji Druzów z lat 1925-1927.

 

Damaszek. Suk

 

Wchodzimy na bazar i od razu słyszymy: „Hello my friend. Where’re you from?” Poland… „Obrysu, srebro, złoto…”. No tak; i tak co kilka kroków. W końcu odpowiadamy „Israel”, to będzie spokój… Odpowiedź „MY BROTHER!” Cóż, polityka polityką, a życie toczy się dalej.

 

Damaszek. Suk

 

Kolory, zapachy, dźwięki i ludzie – wszystko to tworzy niesamowity klimat tego miejsca. Snujemy się miedzy straganami: tu złoto, tam przyprawy, ubrania, zabawki, rzeczy potrzebne do domu, słodycze, kawa, czyli wszystko co niezbędne. I właśnie kawę kupujemy. Mieszankę delikatnej i mocno palonej arabiki z odrobiną kardamonu. A do tego pamiątki, prezenty i bibeloty. 

 

 

I to już koniec naszej wizyty. Ale jak się później okazało, nie była to nasza ostatnia wizyta. Syrię ponownie odwiedziliśmy z 2009 roku i tę wizytę połączyliśmy z odwiedzeniem Libanu. Ale o tym innym razem.

Jest październik 2005 roku, a my opuszczamy wspaniały Damaszek. Damaszek, którego częściowo już nie ma…

 

 

Źródło zdjęć: zdjęcia autorów

Na co dzień od 9 do 17 siedzą za biurkiem ze wzrokiem utkwionym w ekranie komputera. Ale gdy tylko nadarza się okazja, pakują plecaki i jadą. I tak podróżują razem, przez życie i przez świat, od ponad 18 lat. Zwiedzili i odwiedzili ponad 70 krajów.