Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Mecz piłkarski, czy gra wywiadów?

Komentatorzy sportowi analizując mecz Polska-Japonia dopatrują się w nim najczęściej jakiś błędów taktycznych, zastanawiają się czy formacje obrony, pomocy i ataku – wystarczająco współpracowały z sobą? Czy poszczególni piłkarze stanęli na wysokości zadania, czy Lewandowski bądź Glik powinni w danym momencie kopnąć piłkę w prawo lub lewo? Wszyscy są jednak zgodni, że przez ostatnie 15 minut oba zespoły podjęły współpracę w myśl powiedzenia: wilk syty i owca cała. Czy to przypadek, czy jakaś wyrafinowana, tajna gra – nie pierwsza w naszej wspólnej historii.

Mundial to przecież wojna światowa – tyle że piłką. Nikt nikogo nie oszczędza, każdy dla każdego jest śmiertelnym wrogiem. Z pozoru – w omawianym przypadku na boisku wyraźnie widać było cichy sojusz. Z czego on wynika? Z jakich motywów, z jakich doświadczeń? Czy to tylko prosty układ: awans dla jednych, honor dla drugich? A może coś więcej – pokłosie dawnej, zapomnianej przez wielu współpracy wywiadowczej podczas II wojny światowej. Wówczas też staliśmy formalnie po dwóch stronach barykady, a jednak… Może nadal, również światem piłkarskim, rządzą tajne służby?

Rękawica

Po ataku na Pearl Harbour Japonia znalazła się w stanie wojny nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale także z Wielką Brytanią, jej dominiami oraz oczywiście wszystkimi państwami sprzymierzonymi, łącznie z Polską. Prezydent Władysław Raczkiewicz, choć wcale się do tego nie kwapił, podpisał postanowienie: „Na podstawie art. 12, lit. f) ustawy konstytucyjnej stanowię na wniosek Rady Ministrów, że Rzeczpospolita Polska znajduje się począwszy od dnia 11 grudnia 1941 r. w stanie wojny z Imperium Japońskim.” (Dziennik Ustaw RP nr 8 z dnia 20 grudnia 1941 r.).

 

Źródło zdjęcia: zdjęcie Autora

 

O dziwo w tym jedynym przypadku rząd Japonii nie podjął rzuconej rękawicy, ustami swojego premiera Hideki Tōjō oświadczając: „Wyzwania Polaków nie przyjmujemy. Polacy, bijąc się o swoją wolność, wypowiedzieli nam wojnę pod presją Wielkiej Brytanii.” Niemniej, wedle prawa międzynarodowego, wojna polsko-japońska stała się faktem. Swoją drogą, choć nie padł w niej ani jeden strzał, była najdłuższą jaką prowadziliśmy w XX wieku. Dopiero w 1957 r., a więc po 16 latach, zakończył ją układ zawarty z rządem PRL.

Cicho sza

Tajna współpraca Polski z cesarstwem Japonii ma przeszło 100 lat. Pierwsze kontakty zostały zawarte jeszcze w czasie wojny japońsko-rosyjskiej 1904-1905 r. Zarówno Piłsudski jak i Dmowski – w tym akurat byli zgodni – wiedzieli, że na dalekim wschodzie należy szukać potencjalnego sojusznika. Wszak wróg był wspólny – Rosja. Pierwsze lody zostały przełamane, czego namacalnym przykładem jest wizyta (jeszcze przed I wojną światową) w Krakowie japońskiego szefa służb specjalnych, ppłk. Motojiro Akashi.

Po odzyskaniu niepodległości wywiady obu państw były w stałym kontakcie, wymieniając się informacjami na temat ZSRS. Dbały równocześnie by nie stracić do siebie wzajemnego zaufania. Współpraca z Japończykami „musi być nacechowana zawsze 100% lojalnością” – w 1936 r. mówił na odprawie szef Referatu „Wschód” Oddz. II Sztabu Głównego, kpt. Jerzy Niezbrzycki. Ale wiśnie jeszcze nie zakwitły.

 

 

Paradoksalnie, apogeum współpracy przyniósł dopiero wybuch wojny, mimo że Japonia była przecież członkiem Osi. Nie bez wpływu na postawę Tokio był zapewne pakt Ribbentrop-Mołotow, w którym Hitler sprzymierzył się z ich śmiertelnym wrogiem. Od tej pory szpiegowali oni nie tylko sowiecką Rosję, ale i Niemcy – a więc nadal cel był wspólny.

 

Z polskiej strony asami współpracujących wywiadów byli: mjr Michał Rybikowski, kpt. Alfons Jakubianiec, por. Leszek Daszkiewicz i Stanisław Kossoka, natomiast japońskiej – pułkownicy Toshio Nishimura i Makato Onodera, konsul Chiune Sugihara czy pan Satoō, sekretarz konsulatu w Królewcu.

 

Japońskie ambasady w Sztokholmie, Pradze czy Kownie, a nawet konsulat satelickiego państewka Mandżukuo w samym Berlinie – szybko stały się „rezydencjami” polskiego wywiadu. Oficerowie naszej „dwójki” oficjalnie pełnili w nich funkcję tłumaczy, w jednym przypadku nawet sekretarza, i pod osłoną swoich japońskich kolegów mogli swobodnie poruszać się w terenie i organizować siatki szpiegowskie. Doszło nawet do tego, że konsul Chiune Sugihara w swoim bagażu dyplomatycznym przewiózł z Kowna do Sztokholmu uszyty w Wilnie lotniczy sztandar, który w lipcu 1941 r. gen. Sikorski wręczył 300. Dywizjonowi Bombowemu.

Niemal przez całą wojnę, zarówno do Londynu jak i do Tokio, płynęły bezcenne meldunki o zasobach materiałowych i kondycji przemysłu zbrojeniowego Niemiec, ZSRS, Czech lub Węgier. Do największych sukcesów obu wywiadów należy zdobycie informacji na temat planowanej inwazji na Jugosławię oraz oszacowanie z dokładnością do kilku dni daty agresji niemieckiej na Związek Sowiecki.

Uszy do góry!

Komentatorzy sportowi rozpływają się w domysłach: czy trener Nawałka nadal powinien pozostać, czy nie wymienić części zawodników. Nie w tym rzecz. Piłkarze – to przecież zwykli żołnierze, choć zarabiają krocie. No, może Lewandowski, dowodząc w polu dziesięciu chłopa załapałby się na podoficera. Idzie nie o niewielki odział, nawet jeśli jest specjalnym – ale o tajne sojusze i wywiad! Ten ostatni, jak doświadczenie wojskowe wskazuje (tzw. Dwójka) – zawsze dzielił się na referaty: wschód, zachód itp. Może Polski Związek Piłki Nożnej powinien sięgnąć nieco do historycznych doświadczeń i przed następną wojną dobrze się do niej przygotować. Jego referat „daleki wschód” – zdał egzamin, ale co z Afryką?

Z analizy „drabinki” Mundialu wynika, że Rosja i Japonia, zakładając, że będą wygrywać kolejne mecze – mogą się spotkać dopiero w walce o pierwsze lub trzecie miejsce. Może w końcu, po latach, tajna współpraca polsko-japońska przyniesie wreszcie oczekiwane efekty. Raz, w 1920 r., pokonaliśmy już sowietów własnymi szablami. Może na 100-lecie naszej niepodległości partnerzy z kraju kwitnącej wiśni zrobią nam urodzinowy prezent – ponownie gromiąc ruskich i to na ich terytorium. Czasy się zmieniają – teraz mogą to zrobić w humanitarny sposób: nie bronią, lecz własnymi nogami. Sprawa nie jest więc jeszcze przegrana! Nadal mamy komu kibicować!

Słynne polskie Żurawiejki kończyły się frazą, którą dziś można zadedykować Japończykom:

Lance do boju, szable w dłoń.

Bolszewika goń, goń, goń!

 

Artykuł został napisany 30 czerwca 2018 r., dwa dni po meczu Polska-Japonia.

 

Źródło pozostałych zdjęć: pexels.com

 

 

Uczestnik opozycji lat 1982-1989. Członek redakcji pisma „Bunt”, współzałożyciel Federacji Młodzieży Walczącej, działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów, drukarz ”Tygodnika Mazowsze, współtwórca Wydawnictwa „Zespół”/”Pryzmat”. Po 1989 r. nie poszedł do polityki pozostając w środowisku ...