Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Jeździć, czy nie jeździć, a jak już jeździć to gdzie i jak?

„Największe szczęście w świecie na końskim jeździ grzbiecie”.

Oczywiście, że jeździć – odpowie każdy rasowy jeździec. Jak jednak zacząć swoją jeździecką przygodę? Wiele jest bowiem osób, które źle wspominają swoje początki. Część z nich zrezygnowała już po pierwszym doświadczeniu. Dlaczego? Najczęściej z powodu lęku, którego nie potrafił rozładować instruktor, a pogłębiał nerwowo zachowujący się koń. Siadając po raz pierwszy w życiu na konia, odnosimy wrażenie, że siedzimy oto na chwiejnym płocie z którego za chwilę nieuchronnie spadniemy. Kiedy koń rusza stępa, „płot” zaczyna poruszać się w przód i w tył pod nami, pogłębiając nieprzyjemne uczucie lęku przed upadkiem. Wbrew jednak pozorom jesteśmy bezpieczni. Nie jest łatwo spaść z konia, na to musi „zapracować” bądź jeździec, bądź koń. Rolą instruktora jest pomóc kursantowi pokonać strach i pokazać mu, za pomocą sekwencji ćwiczeń, jak duża jest ruchomość jeźdźca w siodle bez utraty równowagi. Te pierwsze lekcje są kluczowe dla dalszej nauki jazdy. Niestety to najczęściej wtedy popełnianych jest najwięcej błędów, które kiedyś trzeba będzie z trudem rugować. Z dużym trudem, bo co nam w pamięci mięśniowej się zakoduje, to bardzo trudno później zmienić (tak zwane złe nawyki z nauki początkowej są zmorą trenerów każdego rodzaju sportu). Z przykrością trzeba powiedzieć, że nauka początkowa na lonży [1] powierzana jest często mało doświadczonym osobom, które robią to „tak jak się im wydaje”. Pamiętajmy zatem – płacę i wymagam. Od pierwszych jazd zależy nasza przyszłość jeździecka. Wymagajmy zatem od instruktora zaangażowania w to co robi oraz kompetencji. W czasie pierwszych lekcji powinniśmy zostać prawidłowo „usadzeni” na koniu, nauczeni podstaw równowagi ciała w siodle oraz jej zachowywania w kolejnych chodach konia[2]. Nie starajmy się skracać na siłę okresu jazdy na lonży, a nawet domagajmy się jej kiedy instruktor próbuje wstawić nas do zastępu[3], a my czujemy, że nie jesteśmy na to gotowi. Z punktu widzenia ośrodka jeździeckiego zasadne jest dążenie do jak najszybszego nauczenia kursanta podstaw jazdy kłusem anglezowanym i wysłaniem go do zastępu. Decydują o tym proste prawa ekonomii. W zastępie jedzie kilka (a czasami niestety kilkanaście) koni i każdy z nich niesie na grzbiecie „tę samą kwotę” z karnecika. Lonża absorbuje czas instruktora, który powinien prowadzić ją indywidualnie, skupiając swoją pełną uwagę na osobie, którą uczy. Nie dajmy się zatem brać pod włos hasłami o odwadze i że jakoś to będzie tylko wymagajmy rzetelnej nauki za którą przecież płacimy.

Jak wybrać ośrodek jeździecki?

Nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, ponieważ każdy z nas ma inne preferencje. Dla jednych najważniejsze będzie kryterium ceny, dla innych poziom kompetencji instruktorów i trenerów, a jeszcze dla innych poziom „sportowy” ośrodka i jego „prestiż”. Okolice każdego dużego polskiego miasta pełne są stajni, zarówno pensjonatowych, jak i szkółkowych lub sportowych. Popytajmy znajomych, a w przypadku naszych dzieci – rodziców tych które już jeżdżą. Najważniejsze powinno być dla nas kryterium jakości. Jacy w ośrodku pracują instruktorzy, jakie mają nastawienie do klientów, czy pracują z zaangażowaniem? To pytania, na które powinniśmy zebrać odpowiedzi zanim zdecydujemy się umówić na pierwszą lekcję

 

Tato, tato ja chcę jeździć konno, nie tylko u babci – powiedział mój syn z ustami pełnymi jakiegoś fastfooda, którego nabyliśmy w drodze do domu w charakterze lunchu.

Konie są fajne i chcę się nauczyć jeździć, a jak jeżdżę tylko u babci w wakacje, to się nigdy nie nauczę – stwierdził kategorycznie. Był piątek (przez niektórych zwany piąteczkiem, bo rozpoczyna weekend) i wracaliśmy do domu pod Warszawę. On ze szkoły, ja z pracy. Dwaj zmęczeni całym tygodniem mężczyźni, szukający rozrywki na weekend. Pamiętałem, że jeśli w Piasecznie jest korek, a go objeżdżam przez Bobrowiec i Falenty, to mijam kilka miejsc, gdzie na padokach stoją konie. Co prawda wtedy nie wiedziałem co to padok, ale konie rozpoznawałem nieomylnie. W dziecięctwie bowiem było to moje wielkie marzenie, żeby jeździć konno. Czasy głębokiego PRL-u nie sprzyjały jednak jeździe konnej, więc było to marzenie niespełnione. Hasło rzucone przez syna padło więc na podatny grunt dziecinnych marzeń. Zjechaliśmy w miejscu, które zapamiętałem, pomiędzy wysoko wybujałe tuje. Mały brukowany parking, zapach stajni, widok kilku koni pod jeźdźcami na placu – to pierwsze wrażenia. Zanim poszukałem kogoś kompetentnego do udzielenia mi podstawowych informacji, z biura wyszła ładna pani i zapytała, w czym nam może pomóc. – Chcę syna zapisać na lekcje jazdy konnej, najlepiej od razu na jutro, na sobotę i chciałbym wiedzieć jak u Państwa ten system nauki jazdy działa? – powiedziałem. – A Pan co, będzie książkę przez godzinę czytał? – zapytała ładna pani, przewracając kokieteryjnie oczami. – To i Pana zapiszę, a nawet was obu zapiszę też na niedzielę, jak się uczyć to od razu intensywnie! Więc jeśli mnie ktoś pyta, dlaczego właśnie konie, to odpowiadam żartem – dzięki pięknym oczom pani Hani.

 

Jak widać można wybrać ośrodek przypadkiem i być zadowolonym przez bardzo długi czas!

 

 

Lekcje indywidualne czy w grupie?

Poruszyć warto jeszcze jedną kwestię – nauka indywidualna. Jazda konna jest nauką praktyczną, nie da się porządnie nauczyć jeździć czytając podręczniki, a nawet wożąc się godzinami w zastępie. Tylko indywidualny kontakt z instruktorem, który na czas lekcji jest dla nas, pozwala na satysfakcjonujący progres naszych umiejętności. W różnych stajniach sprawa ta uregulowana jest w różny sposób. Jeżeli w cenniku naszej stajni figuruje taka pozycja, to jest to najprostsza sytuacja. Umawiamy się w sposób przyjęty w danej stajni na jazdę indywidualną i mamy konia oraz instruktora dla siebie. Nie każda stajnia jednak jazdy indywidualne prowadzi. Co wtedy robić? Przede wszystkim zachować się taktownie. Najlepiej zapytać właściciela lub menedżera czy taka formuła jest możliwa. Ewentualnie można dyplomatycznie zapytać instruktora z którym najbardziej lubimy jeździć czy udziela lekcji indywidulanych i na jakich zasadach. Nie każdy bowiem właściciel stajni lubi sytuacje, w których jego pracownicy w ten sposób sobie dorabiają, a nie chcemy przecież naszego ulubionego nauczyciela stawiać w niezręcznej pozycji. Temat trzeba jednak drążyć, ponieważ bez przynajmniej jednej jazdy indywidualnej w tygodniu trudno marzyć o postępach w nauce. Optymalny cykl nauki to trzy jazdy w tygodniu, z czego jedna indywidualna, a dwie w zastępie. Dwa razy w tygodniu to absolutne minimum minimorum. Jeżeli mamy czas na jedną lekcję tygodniowo, to idźmy w tym czasie na rower, bo szkoda naszych pieniędzy wydawanych na naukę, która nie będzie przynosiła żadnych korzyści. Jeździectwo to piękna pasja, niestety jest to również sztuka trudna, której potrzeba poświęcić sporo czasu i wylać dużo potu.

Jaki strój?

Czy na pierwsze jazdy potrzebujemy specjalnego stroju? Oczywiście nie, dopóki nie przekonamy się, że jeździectwo stanie się naszym hobby na dłużej, szkoda inwestować w profesjonalny sprzęt. Spodnie typu leginsy lub inne sportowe, buty za kostkę wiązane lub wciągane koniecznie z obcasem, wygodna bluza lub koszulka w zależności od pogody i na pierwszy raz wystarczy. Większość stajni na początek udostępnia kaski lub toczki dla swoich kursantów. Możemy też zabrać swój kask rowerowy, deskorolkowy czy inny ogólnego przeznaczenia. Oczywiście ucierpi nasz stylówa, ale w kasku chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo, a nie lansik. O poziomie naszego jeździectwa świadczyć powinien nasz stosunek do koni i styl jazdy a nie nakrycie głowy. Rzecz jasna, jeżeli zdecydujemy się jeździć w miarę regularnie, warto kupić sobie kask, a jego wzór wybrać według własnego upodobania.

 

 

Bezpieczeństwo!

W świadomości społecznej funkcjonuje wiele stereotypów na temat jazdy konnej i koni w ogólności. Najważniejszy wśród nich to ten, który określa jeździectwo jako sport ekstremalnie niebezpieczny. Z tego powodu wiele osób nawet nie próbuje dosiąść konia, ponieważ obawia się o swoje zdrowie. Czy jest to jednak prawda? Uprawianie każdego rodzaju sportu wiąże się z ryzykiem. Czy będzie to narciarstwo alpejskie, czy jazda na rowerze lub zwyczajna gra w piłkę ryzyko wypadku i kontuzji zawsze istnieje. W przypadku jazdy konnej czynnikiem ryzyka jest koń, zwierzę płochliwe i zdolne do błyskawicznej ucieczki, jak wszystkie zwierzęta roślinożerne, które ratunku przed drapieżnikiem szukać muszą właśnie w ucieczce. Praca z koniem, którą regularnie powinni wykonywać instruktorzy i zawodowi jeźdźcy, zmierza do maksymalnego opanowania tego instynktu, tak aby zapewnić kursantom maksymalny poziom bezpieczeństwa. Spadać jednak z konia będziemy, tak jak przewracać się na nartach czy rowerze. Trzeba się z tym pogodzić, polubić się nie da, ale akceptacja nieuchronności tego faktu pomoże nam w lepszej, bardziej zrelaksowanej jeździe. Przeważająca większość upadków nie generuje bowiem poważnych kontuzji.

Dlaczego dotykam kwestii bezpieczeństwa i urazowości jazdy konnej? Jest to najczęstsze pytanie zadawane przez osoby początkujące, a co się stanie jak spadnę z konia?

 

Na litość boską, czemu próbowałeś zsiąść z konia w galopie? – zapytałem dość mocno zdenerwowany zachowaniem kolegi, który przyjechał do mnie do Stanicy Kresowej na kilka dni nauki jazdy. – Bo koń się spłoszył i zagalopował, a ja się bałem, że spadnę, więc próbowałem z niego zsiąść – opowiedział rzeczony kolega. – No i co by się stało gdybyś nawet spadł? – pytam już spokojnie. – No… pewnie wylądowałbym na wózku – pada odpowiedź, która wprawia mnie w osłupienie. – Tak się przecież kończą upadki z konia, czyż nie? – dodaje. Kiedy już wyszedłem ze stuporu, zacząłem drążyć temat, skąd mu się wzięło takie niedorzeczne przypuszczenie. Człowiek przecież młody, wysportowany, uprawiający sporty walki. Okazało się, że przede wszystkim przekaz medialny ukształtował w nim głębokie przekonanie, że upadek z konia zawsze kończy się co najmniej kalectwem. Moim zdaniem ogromną rolę odegrał tu wypadek aktora Christophera Reeve (najbardziej znanego z roli Supermana), który w 1995 roku uległ na planie filmowym wypadkowi w wyniku, którego został sparaliżowany i jeździł na wózku inwalidzkim. Każde jego wystąpienie publiczne było dodatkowo komentowane, że w wyniku upadku z konia doznał paraliżu. Ten fakt oraz liczne filmy, jak choćby Zaklinacz koni z Robertem Redfordem, wspierają ten dość w gruncie rzeczy niedorzeczny stereotyp. A dlaczego? Bo o szczęśliwych upadkach z konia filmów się nie kręci!

 

 

 

Kolejne opowieści z jeździeckiego świata w następnych artykułach.

 

Źródło zdjęć: M. Szubski

[1] Lonża – długa linka lub taśma, zakończona karabińczykiem, z pomocą której instruktor powoduje koniem, na którym siedzi osoba ucząca się jazdy. Pierwsze lekcje jazdy konnej powinny być zawsze prowadzone na lonży dla bezpieczeństwa kursanta oraz komfortu konia.

[2] Koń ma trzy podstawowe chody: stęp, kłus i galop. W każdym z nich jeździec musi nauczyć się swobodnie jeździć w równowadze i bez podtrzymywania się kończynami.

[3] Zastęp – jazda na placu (zwanym też maneżem lub ujeżdżalnią), kiedy kilka koni idzie jeden za drugim. Przyjemna rozrywka, ale niestety niczego nie uczy. Konie przez wrodzone naśladownictwo i instynkt stadny powtarzają wszystko za koniem czołowym (jadącym jako pierwszy), a także wykonują polecenia na głos instruktora. Rola podróżującego na koniu pasażera jest podobna do tej w tramwaju.

Z wykształcenia prawnik, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Żonaty i posiadający jednego, dorosłego syna. Życie zawodowe spędził w grupie PGNiG. Karierę zawodową zakończył w branży gazowniczej w 2011 roku na stanowisku prezesa zarządu. W drugim roku mojej ...