Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Dogonić czas we własnym tempie

Rafał Baszczyński to postać niezwykle ciekawa i barwna. To artysta obdarzony wieloma talentami, które jednocześnie stanowią jego życiową pasję. Urodził się 18 września 1981 roku w Łodzi. Z wykształcenia jest architektem i inżynierem budownictwa, do tej pory czynnie działającym w zawodzie. Ukończył Szkołę Muzyczną I stopnia w Sieradzu w klasie klarnetu i skrzypiec. DJ, kompozytor, producent muzyki elektronicznej. Pasjonuje go fotografia oraz grafika, w której odnosił sukcesy. Baszczyński jest dwukrotnym laureatem międzynarodowego konkursu Scott Kelby’s Worldwide Photowalk, a także Bryan Peterson Photo Contest. Będąc nastolatkiem był dziennikarzem muzycznym w rozgłośni radiowej, w której przez ponad siedem lat prowadził swój autorski program. Przez kilka lat współpracował z lokalną gazetą. Działał także jako dziennikarz i felietonista dla ogólnopolskiego magazynu mody. Cały czas spełnia się jako konferansjer. Prowadzi pokazy mody i różne imprezy kulturalno-rozrywkowe. W latach 2015-1016 związany z warszawskim Teatrem Res Comica i Teatrem na Bielanach przy Bielańskim Centrum Kultury w Warszawie. Poza teatrem działa także w branży filmowej. W swoim artystycznym dorobku ma liczne role w filmach i serialach, od epizodycznych po pierwszoplanowe w etiudach i filmach krótkometrażowych. Ostatnio mogliśmy go oglądać w IV sezonie serialu Diagnoza, w którym wcielił się w postać aspiranta policji Marka Kozioła. Rafał lubi stawać także po drugiej stronie kamery, dlatego ma na swoim koncie dwa nagrodzone filmy krótkometrażowe Noce oraz List do dziadka, których jest scenarzystą, producentem i reżyserem. W tym roku został absolwentem Wydziału Aktorskiego Warszawskiej Szkoły Filmowej.

 

 

Przez rozmowy poznajemy innych, ich marzenia, wartości, priorytety, a nawet charaktery. W rozmowie z Rafałem dowiadujemy się jak wygląda jego codzienna droga do wyznaczonych celów, z jakimi przeciwnościami losu musi się czasami zmierzyć, na co musi uważać spełniając się zawodowo i jakie wartości pomagają przetrwać w świecie fleszy i reflektorów, aby zawsze pozostawać w zgodzie z własnymi przekonaniami i umieć być sobą. Rafał Baszczyński to kompilacja żywiołu i spokoju, ogromnej charyzmy i jednocześnie delikatności. Twórca nieustannie poszukujący nowych form wyrazu, pokazujący silną potrzebę pomagania innym, działania i projektowania. Uznany i szanowany w środowisku artystycznym nie tylko za różnorodność swoich zainteresowań, ale przede wszystkim za profesjonalizm, rzetelność, autentyzm i towarzyszącą temu skromność.

 

Aldona Rogulska: Jak godzisz złożoność obowiązków swoich pasji: aktorstwo, architektura, muzyka, etc. 

Rafał Baszczyński: Od wielu miesięcy nie godzę ich wcale, ale staram się to wszystko jakoś pospinać (śmiech). Bardzo późno chodzę spać, wcześnie wstaję, nie wysypiam się, coraz częściej zarywam noce. Z każdym rokiem przybywa mi więcej znajomych, a co za tym idzie, spotkań towarzyskich, planów, przedsięwzięć, pomysłów i wspólnych działań. Dziś nie umiem funkcjonować bez mojego tradycyjnego kalendarza, w którym zapisuję i planuję każdy nowy dzień. A co do pasji i złożoności obowiązków, to trudno jest mieć ich aż tyle, ale jeszcze trudniej wybrać te najważniejsze, jeśli w każdej z nich masz możliwość własnej wypowiedzi i kreacji. Nie da się jednocześnie działać w tak wielu artystycznych dziedzinach. Zabrakłoby energii i wolnego czasu. Dlatego każda z dziedzin sztuki, które wymieniłaś, to pewien etap w moim życiu, trwający lub zawieszony, czasem zaplanowany bardziej, a czasem wynikający z wewnętrznych emocji i potrzeb wyrażenia siebie. Właśnie przez te emocje. Wszystkie pasje uwielbiam i cokolwiek tworzę staram się robić to z sercem. Dlatego, aby nie wkradła się bylejakość i rutyna, niektóre przyjemności celowo odłożyłem zupełnie na bok. Czas nie guma i nie da się go rozciągnąć, choć nie ukrywam, że chciałbym bardzo.
Dla mnie priorytetem w tej chwili jest osiągnięcie takiego stanu rzeczy, gdzie praca jest także moim hobby, przyjemnością i do tego dążę każdego dnia.
Teraz postawiłem bardzo mocno na rozwój aktorski, który staram się godzić z pracą architekta. Obecnie nadzoruję sporą budowę biurowca w Krakowie, więc dużo podróżuję pomiędzy Krakowem a Warszawą. Co będzie dalej, zobaczymy.

 

Aldona Rogulska: Jakie znaczenie poza satysfakcją mają dla Ciebie zdobywane nagrody i wyróżnienia. Czy mają one wpływ na przemiany wewnętrzne człowieka?

Rafał Baszczyński: Wszystkie nagrody, które zdobyłem, są dla mnie pewnym drogowskazem. Pokazują czy idę w dobrym kierunku i czy to, co robię, robię szczerze i dobrze. Oczywiście jeśli są przyznawane miarodajnie i w dobrym duchu. A cieszy, myślę jeszcze bardziej fakt, gdy docenia nas własne artystyczne środowisko.
Każda nagroda to podsumowanie i zwieńczenie naszej ciężkiej pracy. To także namacalny dowód na to, że cokolwiek robimy, znajduje swojego odbiorcę, dociera do jego wnętrza, podoba się. Nagrody dodają z pewnością siły i wiary, by jeszcze lepiej działać i tworzyć. Przypominają mi o tym, że wszystko co osiągnąłem, jest wynikiem systematycznej, ciężkiej pracy, determinacji i wiary w to, co robię.
Tak też było podczas produkcji mojego ostatniego filmu krótkometrażowego List do dziadka. Od samego początku wiedziałem, że, będąc reżyserem, muszę zbudować silny i zgrany zespół. Czułem, że powinienem „zarazić” ideą wszystkich ludzi, których potem zaproszę do współpracy. I to działanie przerodziło się w owocną pracę na planie filmowym, a potem w zaskakujące wyniki. Jednym z nich była „Złota Nuta” – specjalna nagroda Związku Zawodowych Twórców Kultury – prestiżowe wyróżnienie, reaktywowane po wielu latach po wojnie, po raz pierwszy na Festiwalu Sztuki Orzeł 2016.
Idealnie byłoby, gdyby za wyróżnieniami płynęły kolejne propozycje zawodowe oraz możliwość rozwoju i dalszej współpracy. Ale nie zawsze tak jest. Sam moment otrzymywania nagrody to często zaskakujące i fantastyczne uczucie. W końcu jest to chwila, kiedy jesteśmy zauważeni pośród wielu uzdolnionych i fantastycznych artystów. Takie święto jest jednak chwilą, która niestety szybko się kończy. Po uroczystej gali zazwyczaj wraca codzienność, normalne życie. Jeśli jest normalne (śmiech).
Co do aspektów duchowych, to myślę, że nagroda może dokonać w nas wewnętrznej przemiany, ale wszystko zależy w dużej mierze od nas samych.
Dzięki wszelkim wyróżnieniom, jakie otrzymałem do tej pory, staram się nie obrastać w piórka. Na szczęście nie mam kompleksów, które musiałbym leczyć w taki sposób. Znam swoją wartość, mocne i słabe strony i wiem, że wiele zależy od mojego nastawienia i ciężkiej pracy. Dlatego jeśli otrzymuję jakiekolwiek wyróżnienie, nagrodę, to cieszę się w zdrowy sposób tym faktem, ale na wszystko staram się patrzeć z pewnego dystansu. Co nie zmienia faktu, że po każdym zakończonym projekcie, niezależnie od tego czy został doceniony czy nie, lubię podnosić sobie poprzeczkę. To daje mi poczucie ciągłego rozwoju.

 

Aldona Rogulska: Sukces którego znanego artysty najmocniej Cię poruszył?

Rafał Baszczyński: Mam to szczęście, że na swojej artystycznej drodze spotykam fantastycznych ludzi, od których wiele dobrego się uczę, między innymi dzięki wspólnym rozmowom i obserwacji tych wybitnych osób w pracy i poza nią.
Jedną z tych znamienitych osób z pewnością jest Haydn Bendall, wybitny producent muzyczny, którego poznałem w 2014 roku na Festiwalu Producentów Muzycznych. Najskromniejsza postać, jaką do tej pory poznałem, mająca jednocześnie tak ogromny dorobek zawodowy. Przypomnę, że jako producent muzyczny współpracował między innymi z: A-Ha, Andrea Bocelli, Bonnie Taylor, Davidem Gilmour, Dido, Everything But The Girl, Freddie Mercury, Hans Zimmer’em, Kate Bush, Katie Melua, Limahl, Mick Hucknall, Neneh Cherry, Ozzy Osbourne, Paul’em McCartney’em, Sarah Brightman, Stingiem, Shakirą, Tori Amos, Tiną Turner, The Shadows, Chrisem Botti.
Lista jest naprawdę imponująca i długa, a to tylko nieliczne nazwiska i zespoły.

 

Niewiele osób wie, że to on stoi za ostatecznym brzmieniem tak wielu przebojów. Produkcje Bendalla były trzykrotnie nagradzane Grammy. Współpraca z kompozytorem Ryuichi Sakamoto zaowocowała Oscarem za najlepszy soundtrack do filmu Ostatni cesarz z 1987 roku. W uznaniu za całokształt dokonań w dziedzinie produkcji muzycznej Haydn otrzymał nagrodę „Człowieka ze Złotym Uchem” i wtedy też miałem przyjemność go poznać. Wtedy też zacząłem nabierać dystansu do wszystkiego, co błyszczy. Do dziś wspominam nasze kolejne spotkanie równo rok później na tym samym festiwalu, organizowanym w Polsce. Kiedy rozmawiałem z kolegą, polskim muzykiem, w podziemiach garażu łódzkiego hotelu, Haydn, wychodząc z auta bez najmniejszego problemu rozpoznał mnie, przeprosił swojego ochroniarza, podszedł i przywitał się. A zrobił to pomimo zmęczenia, jakie towarzyszyło mu zaraz po przylocie do Polski. Zaskoczenie dla mnie było podwójne. Rok wcześniej Haydn wręczył mi swoją wizytówkę mówiąc: „Odzywaj się, jeśli będziesz miał jakiekolwiek pytania odnośnie produkcji muzycznej i w sprawach, które mogą cię nurtować.” Wdzięczny, z uśmiechem podziękowałem za namiary, ale przez cały rok nie miałem śmiałości zawracać głowy Haydnowi sobą. W końcu wiedziałem, z kim pracuje na co dzień. Dziś nauczyłem się mieć tą odwagę i jeśli będę potrzebował pomocy, na pewno się do niego odezwę. Tego dnia Haydn pokazał mi, że pomimo upływu czasu i braku kontaktu, pamięta moje imię, a przecież nie byłem kimś wyjątkowym. To był ten moment w moim życiu, gdy namacalnie pokazał mi, że choćbyś nie wiem jak wiele w życiu osiągnął, szacunek do drugiego człowieka to podstawa wszystkiego.

 

Aldona Rogulska: Jak poradzić sobie z rywalizacją zawodową i presją, jaką ona z sobą niesie?

Rafał Baszczyński: Jeśli od samego początku z kimś rywalizujesz, to zawsze poczujesz presję. Dla mnie lepszą od rywalizacji jest zawsze współpraca. Może dlatego wyznaję w życiu nieco inne zasady. Staram się nie oceniać innych, lecz skupiać uwagę na sobie i tym, co robię.
Każdego dnia próbuję być lepszą wersją siebie, co nie znaczy, że muszę zawsze być doskonały. Po wielu latach prób bycia idealnym w tym, co robię, nauczyłem się odpuszczać. To takie ciche prawo do pozwolenia sobie na popełnianie błędów. Myślę, że wtedy człowiek najwięcej się uczy.
Konkurowanie wpisane jest w każdą dziedzinę życia i w każdy zawód. Jeśli idziesz po trupach i walczysz z innymi, dopadnie cię w końcu frustracja. Negatywne emocje, które bardzo niszczą i wypalają od środka, szczególnie w momentach słabości.
Osobiście nie staram się z nikim walczyć ani też rywalizować. Zmierzam za wyznaczonymi celami własną drogą, nieprzetartym szlakiem, w swoim własnym tempie. To pozwala mi nie zwariować i pozostać sobą. Nie przepadam też za wszelkimi zestawieniami, podsumowaniami i porównaniami. To nie jest miarodajne, bo przecież jednym udaje się dotrzeć do celu znacznie wcześniej niż pozostałym z różnych powodów. Wierzę mocno w to, że jeśli tylko się nie poddam, cała reszta jest kwestią czasu. Być w drodze to przecież w życiu jest najważniejsze. A życie trzeba smakować i delektować się nim we własnym tempie.

 

Aldona Rogulska: Jakie masz plany na bieżący rok?

 Rafał Baszczyński: Ten rok to dla mnie dużo dobrych zmian, sporo artystycznej, twórczej i odpowiedzialnej pracy, między innymi dla Fundacji Ambasada Dobroczynności, w której pełnię funkcję dyrektora ds. rozwoju artystycznego od początku 2018 roku. To mobilizuje mnie i nakręca jeszcze bardziej do szlachetnej pracy. Jak głosi hasło Fundacji: „To, co mamy w rękach, jest chwilowe. To, co mamy w sercach, pozostanie tam na zawsze”. Dlatego już dzisiaj wiem, że będzie to rok spod znaku serca. Serca odciśniętego na dłoni, bo takie jest logo Ambasady Dobroczynności.
Poza tym, w najbliższym czasie, praca na kilku planach niezależnych produkcji filmowych. Przygotowuję się również do zdjęć w Paryżu. Na razie nie mogę zdradzić nic więcej poza tym, że będzie to film krótkometrażowy realizowany we wrześniu i październiku przez Włocha, który w tym roku był ze swoim filmem w Cannes.

 

Aldona Rogulska: Czy jest coś, czego żałujesz, że nie zrobiłeś w przeszłości, a druga taka szansa się nie pojawiła?

Rafał Baszczyński: Na pewno są takie momenty i sytuacje w życiu. Kiedy byłem młodszy, żałowałem straconych okazji. W relacjach damsko-męskich bywałem zbyt nieśmiały. Przez to nie pozwalałem zaistnieć pewnym sytuacjom, często jedynym i niepowtarzalnym. To była dla mnie pewna lekcja życia.
Dziś staram się być zdecydowany i odważny. Działać tak, by niczego nie żałować. Nie jest to łatwe, ale żyję z przekonaniem, że albo coś zrobimy tu i teraz, albo nie zrobimy tego wcale. Myślę, że cokolwiek jest nam dane, dane jest z góry.
Na pewno nauczyłem się doceniać to, co mam i nie analizować niepotrzebnie wielu rzeczy. Przyjmuję je takimi, jakie są. Nie rozmyślam za dużo, a biorę się bardziej za działanie. Dopiero w chwili, kiedy coś nie wychodzi, biorę to na przysłowiową klatę. Ale staram się o rzeczach trudnych zapominać jak najszybciej i następnego dnia idę przed siebie już z podniesioną głową. Kolejny dzień to kolejna szansa, tak uważam.
Ks. Kaczkowski kiedyś pięknie powiedział: „Tylko nie smuć się przez cały dzień, wybierz na to odpowiednią godzinę, a potem ciesz się życiem”. Dzięki takiej postawie dbam o to, by nie wracać myślami w przeszłość. Staram się żyć tu i teraz, korzystać z życia na tyle dobrze, na ile w danej chwili mogę i na ile potrafię.
Wierzę mocno w to, że wszystko, co nam się przytrafia, nie dzieje się bez powodu. Pewne rzeczy, sytuacje, osoby po prostu cię znajdują. Nawet te, których nie chcesz, są po to, by nas kształtować. A życie to przecież kwestia wyborów, naszych własnych wyborów, nie zawsze dobrych. To także kwestia szczęścia. Z tym różnie bywa, choć w moim życiu nie brakuje mi szczęścia do ludzi. Co nie zmienia faktu, że spotykam także i takie osoby, których nie chciałbym poznać. Te spotkania jednak traktuję jak cenne lekcje od życia.
Jeśli mogę czegoś żałować ,to z pewnością tych wszystkich niewykorzystanych sytuacji w życiu i chwil, kiedy będąc małym chłopcem, nie miałem wystarczająco dużo świadomości i czasu, by pokazać mojej mamie jak bardzo ją kocham. Dziś nie mam takiej możliwości, zmarła jak miałem 10 lat. O wiele za wcześnie. Dlatego powtarzam wszystkim moim znajomym – kochajcie najbliższych i mówcie im o tym tak często jak tylko możecie, póki są wśród was.

 

Aldona Rogulska: Czy masz jakieś szczególnie ulubione motto, któremu starasz się być wierny w życiu?

Rafał Baszczyński: Kiedyś bardzo poważnie się nad tym zastanawiałem, czy mogłoby moje życie określać jedno credo i doszedłem do wniosku, że nie (śmiech). Z biegiem lat, doświadczeń i przeżyć moje przemyślenia wciąż się zmieniają. Tak samo jak i ja ulegam przemianie.
Lubię powracać do zbioru ulubionych cytatów i myśli. Traktuję je jak drogowskazy, które mówią mi, co robić, jaką drogą iść. I co ciekawe, za każdym razem odnajduję w tych sentencjach coś swojego, odpowiedniego w danym momencie życia.
Pozwolę sobie przytoczyć moje ulubione sentencje:
„Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”.
„Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć, bo nikt za mnie nie umrze”.
„Nie poddawaj się. Jeśli plan A nie wypalił, to pamiętaj, że alfabet jest do Z”.
„Wszystko jest możliwe. Niemożliwe po prostu wymaga więcej czasu”.
„Spraw, aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem Twojego życia”.
Wracam też często do słów i mądrości wspomnianego przeze mnie już ks. Kaczkowskiego i staram się żyć, jak mówił, na „pełnej petardzie”. To się dziś dla mnie liczy.
W końcu życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

 

 

Aldona Rogulska: O czym chciałbyś opowiedzieć, a nigdy nie padło takie pytanie w wywiadach, których udzieliłeś?

Rafał Baszczyński: Może o tym, dlaczego wcielam się czasem w postać Jacka Sparrow i jak to się wszystko zaczęło, że jestem porównywany do wybitnego hollywoodzkiego aktora Johnnego Deppa?
Wszystko zaczęło się, gdy zapragnąłem grać w kinie akcji, niekoniecznie w rolach miłych amantów, jakimi byłem do tej pory. Postanowiłem dokonać pewnej zmiany wizerunku. Zapuściłem włosy i zostawiłem zarost. Od tej pory, coraz częściej, ludzie zaczęli się oglądać za mną na ulicach i żywo reagować na mój widok, krzycząc „Oooo Johnny!”
Nigdy wcześniej, patrząc od tylu lat na siebie w lustro, bym nie przypuszczał, że jestem do kogoś tak bardzo znanego podobny. Nie spodziewałem się również tak miłych reakcji podczas zeszłorocznego Sylwestra w Paryżu. To, co się działo we Francji, przeszło moje wyobrażenia. Zostałem przyjęty bardzo ciepło przez paryżan. W końcu Johnny wiele lat był związany z francuską piosenkarką i aktorką Vanessą Paradis. Podczas mojej wizyty w Paryżu nie było dnia, żebym nie był zaczepiany na ulicach tego pięknego miasta. Kilkukrotnie doświadczyłem sytuacji, wchodząc do kultowych restauracji, że ludzie przerywali posiłek i rozmowy patrząc w milczeniu w moją stronę. To było zdumiewające jak w jednej chwili milkł nagle gwar restauracji. Działo się tak między innymi w kultowej Cafe De Flore, gdzie byłem ze znajomymi. Ostatecznie wszystkie takie sytuacje kończyły się na kilku komentarzach gości restauracji i wspólnych zdjęciach.
Kumulacja jednak nastąpiła w sylwestrową noc, którą spędziłem ze znajomymi fotografami, częściowo na Polach Elizejskich. Gdy było chwilę po północy, a my zbliżaliśmy się do Łuku Triumfalnego, w ogromnym tłumie ludzi dostrzegł mnie w oddali pewien chłopak i żywiołowo krzyknął: „O my Good, is a Johnny Depp!”, ludzie zaczęli się nagle gwałtownie rozglądać na boki. Chwilę później byłem już otoczony przez spory tłum, który z każdą chwilą się powiększał. Blaski fleszy wyciągniętych telefonów przyciągały pozostałych. Nie było osoby, która nie chciała zrobić sobie ze mną zdjęcia. To było z jednej strony miłe, a z drugiej strony zaskakujące i trochę przerażające. Zdałem sobie sprawę z tego, że tłum coraz bardziej napiera, a ja jestem zupełnie sam. Znajomi będący dosłownie kilka kroków ode mnie, w jednej chwili, stracili mnie z oczu. W miejscu, gdzie było jasno od lamp ulicznych, zrobiło się na tyle ciemno, że ludzie nawzajem zaczęli oświecać mnie i osobę fotografowaną telefonami. To było już pewnego rodzaju szaleństwo i dla mnie sygnał, aby jak najszybciej się ewakuować. Podziękowałem za wspólne selfie i umiejętnie się wycofałem, co nie było łatwym zadaniem. Doszło nawet do tego, że pewna Japonka szła za mną prawie 2 km. Musiałem się w końcu zatrzymać i zrobić z nią zdjęcie. Doświadczyłem wtedy tego, co znaczy być popularnym globalnie.

 

Osobiście bardzo lubię Johnny Deppa i cenię go jako aktora, ale ponad wszystko lubię być sobą i jako aktor, choć charakterystyczny, chcę pozostać niepowtarzalnym, ale jednak sobą. To bardzo ważne, by zachować swoją twarz i swój wizerunek, pomimo wszelkich porównań i skojarzeń.
Fakt przyrównywania mnie do ikony światowego kina przyjmuję z wielkim dystansem i bawię się tym. Dlatego rok temu zrobiłem zabawne zestawienie mojego zdjęcia ze zdjęciem Johnny’ego Deppa i opublikowałem w mediach społecznościowych zupełnie dla żartu. Chwilę po tym zostałem zaproszony do Agencji Sobowtórów i od tego żartu tak naprawdę zaczęła się przygoda z Kapitanem Sparrowem. Teraz, chcąc czy nie chcąc, jestem dla wielu osób polskim Johnnym Deppem (śmiech).
Możliwość bycia Deppem, czy Piratem z Karaibów, postanowiłem przekuć w działalność charytatywną. Wszędzie tam, gdzie mogę być i gdzie jestem zapraszany, dzięki swoim działaniom wspieram stowarzyszenia i fundacje. Miejsca, które skupiają wokół siebie bezinteresownych ludzi o wielkich sercach, niosących pomoc potrzebującym, zwłaszcza dzieciom. Za sobą mam już kilkanaście akcji pomocy dzieciakom, między innymi nie tak dawno przeprowadzoną w Białce Tatrzańskiej licytację w ramach akcji „Pomagamy, Dbamy, Gramy”, podczas której zbieraliśmy wraz z Ambasadą Dobroczynności środki na zakup sprzętu niezbędnego w rehabilitacji dzieci chorych na autyzm.
Wierzę mocno w to, że warto nieść radość i wsparcie, dlatego planuję w wolnych chwilach cyklicznie odwiedzać chore dzieci w szpitalach.
Nie tak dawno narodził się w mojej głowie również pomysł filmowy z „Piratem z Karaibów”. Ale co to będzie za projekt, pozostawię na razie mocno owiane tajemnicą. Trzymajcie za mnie kciuki i życzcie szczęścia w realizacji wszystkich planów.

 

Aldona Rogulska: Jaka jest cena marzeń?

Rafał Baszczyński: Dla marzeń można wiele poświęcić. Ale pytanie czy warto?
Spełniając się i realizując własne marzenia, staram się pamiętać o zdrowym rozsądku. Ważny jest ogromny dystans do siebie. Czas to jedyna wartość dana po równo każdemu człowiekowi. Nie da się go niestety cofnąć, dlatego myślę, że należy przykładać dużą wagę do tego, w jakich projektach bierzemy udział oraz co i jak robimy. Osobiście staram się korzystać z życia i danej chwili jak najlepiej, choć rożnie z tym wychodzi.
Nie jest to zawsze łatwe, ale staram się nie tracić danych mi szans oraz możliwości. Nie robię niczego za wszelką cenę, a szczególnie wbrew sobie, swoim przekonaniom i wartościom.
Spełnianie marzeń to wspaniała rzecz, jednak kluczowe znaczenie ma dla mnie bycie dobrym człowiekiem. Uważam, że to jest o wiele ważniejsze i cenniejsze.
W swoim życiu widziałem ludzkie niepowodzenia, frustracje okupione wysoką ceną za marzenia.
Szukając drogi na skróty, zwykle traci się więcej niż zyskuje. Najważniejsza jest droga, którą musimy przebyć, by zrealizować dane zamierzenie, a nie cel sam w sobie. Ona daje możliwość rozwoju i szlifowania własnego warsztatu. Bo przecież tak cenny jest czas. Czas na to, by wydarzyło się coś wyjątkowego, co może się zdarzyć w każdej chwili.

 

Aldona Rogulska: Jakie trzy cechy charakteru najlepiej określają Twoją naturę?

Rafał Baszczyński: Szczerość, wrażliwość, zaangażowanie.

 

 

Aldona Rogulska: Czego unikać w świecie reflektorów i fleszy?

Rafał Baszczyński: To trudne pytanie dla kogoś kto ten niełatwy świat cały czas poznaje.
Show biznes jest bardzo specyficzny, a ja od pięciu lat, odkąd mieszkam w Warszawie, uczę się w nim poruszać. Trzeba sobie w tym środowisku, jakoś radzić. Myślę, że z każdym rokiem nabieram coraz większej wprawy, ale momentami mam wrażenie, że poruszam się jeszcze trochę na oślep, po omacku.
Czego unikać? Trudno mi radzić, ale zapewne niepotrzebnych ścianek! (śmiech). Oczywiście jeśli nie mamy nigdzie zapisane w kontrakcie i jeśli nie jest to do niczego nam potrzebne. To moje przemyślenia z obserwacji różnych zdarzeń. Wiadomo, że jeśli jesteś obecny na gali, wydarzeniu związanym z tym, co robisz zawodowo, jeśli jest to na przykład festiwal filmowy, premiera teatralna, filmowa czy nawet gala, zupełnie niezwiązana z branża filmową, ale jeśli ją prowadzisz, bo też prowadzącym i konferansjerem bywam, to wtedy jest to jeden z punktów programu i obowiązków naszej pracy. Natomiast kiedy jestem zaproszonym gościem, a wydarzenie nie ma nic wspólnego z tym, co robię, staram się unikać stawania na ściance na takich wydarzeniach, które bezpośrednio zawodowo mnie nie dotyczą. Nie mam aż takiego parcia na szkło i potrzeby, aby widnieć na pudelkowych portalach.
Dziś jest dość cienka granica pomiędzy byciem artystą (aktorem, reżyserem, piosenkarzem, muzykiem) a byciem celebrytą. Ta granica coraz bardziej się zaciera. Dlatego uważam, że jest to bardzo istotne, aby samemu o to zadbać, gdzie się bywa i w jakim celu. Nie każdy może się ze mną zgodzić, ale to moje zdanie.
Świat show biznesu niestety też rządzi się swoimi wymuszonymi prawami. Pojawiasz się na ściankach, jesteś w portalach, potem w gazecie, a dzięki temu ludzie zaczynają się bardziej tobą interesować i machina się nakręca. Dzięki temu dostajesz znacznie więcej propozycji zawodowych. Dlatego ogromnym komfortem w pracy artystycznej jest stan, kiedy żadne słupki popularności nie wpływają na to, czy masz pracę i ciekawe propozycje zawodowe czy nie. A taką pozycję jednak wywalczyli sobie nieliczni.
Smutny jest fakt, że nieraz trzeba się sprzedawać, choć można nazwać to promowaniem. I jeśli już musimy to robić, uważam, że należy robić to z klasą, ze smakiem i nie za wszelką cenę.
Myślę, że w świecie reflektorów powinno być się po prostu sobą! Dlatego stawiam na naturalność i spontaniczność. Unikam sztuczności, kontrowersji, niesmaczności i nadęcia, do których niektórzy się uciekają. Zawsze mnie bawi, kiedy widzę, gdy ktoś udaje kogoś, kim nie jest. Staje przed fotoreporterami, tryska energią, nadyma się, uśmiecha, a potem sterczy jak smutny pędzel podczas całego eventu.
Czego warto jeszcze unikać? Myślę, że pozoranctwa, taniego poklasku, fałszu, i wyzysku. Tak jest wszędzie, nie tylko w świcie reflektorów, im bardziej pniesz się do góry, tym więcej wokół ciebie krąży ludzi chcących cię wykorzystać do swoich celów, nie zawsze szczytnych i szlachetnych. Podobnie jak w codzienności, tak i w świecie czerwonych dywanów musi upłynąć dużo czasu, byśmy wiedzieli komu zaufać, na kogo uważać, a kogo po prostu unikać. Tu nie ma złotej reguły. Uważność i wsłuchiwanie się w głos własnego serca to myślę najlepszy kompas i mapa, by przetrwać i dopłynąć do zamierzonego celu jednocześnie będąc sobą.

 

Aldona Rogulska: Czy talent i praca wystarczą, żeby osiągnąć sukces, czy potrzebny jest łut szczęścia?

Rafał Baszczyński: Talent to 5-10 procent sukcesu, reszta to ciężka, sukcesywna praca i odwaga. Odwaga do tego, żeby działać. Wiele osób snuje plany, marzy, ale nic w tym kierunku nie robi. A jeśli jest przy tym jeszcze łut szczęścia, to sukces murowany. Jak mawia znane przysłowie, szczęściu trzeba pomagać. Dlatego dobrze jest być w odpowiednim miejscu i czasie. Ale to udaje się nielicznym, dlatego właśnie oni osiągają ogromne sukcesy i piją szampana.

 

Aldona Rogulska: Najcenniejsza rada, jaką otrzymałeś od innej osoby?

Rafał Baszczyński: Jedną z nich jest usłyszana od znajomego, przesympatycznego człowieka, utalentowanego poety Krzysztofa Cezarego Buszmana: „Nie bywaj wszędzie, bo nie będzie Cię nigdzie.” I tak też od co najmniej 2 lat czynię. Dlatego mniej bywam w różnych miejscach, a dzięki temu więcej jestem skupiony na pracy twórczej i tym, by odnaleźć czas dla siebie, rodziny, przyjaciół i bliskich.
Kolejną z osób, której jestem wdzięczny za cenne wskazówki, jest Andrzej Wajda. Ikona polskiego kina, wybitna postać świata kinematografii. Słowa, jakie w sekrecie mi powiedział, a było to na planie filmu Powidoki, są bardzo cennym spostrzeżeniem, które przyświeca mi każdego dnia. A jest o tyle cenne, że zdobyte na podstawie jego wieloletnich, życiowych doświadczeń.

 

 

Aldona Rogulska: Jak widzisz siebie za 20 lat? Czy nie obawiasz się wypalenia zawodowego?

Rafał Baszczyński: Widzę siebie jako człowieka spełnionego na wielu płaszczyznach, także tych artystycznych. To człowiek szczęśliwy, zadowolony, uśmiechnięty. Człowiek sukcesu, nieustannie poszukujący i ciekawy świata, z głową pełną pomysłów, wiarą w ich realizację i wielką odwagą w sercu. Mam nadzieję, że moja kreatywność pozostanie we mnie na zawsze. Wypalenia zawodowego się nie lękam. Zbyt wiele mam pasji, chęci rozwoju osobistego i marzeń, by tak się stało. Nie nudzę się, dużo działam. Jeśli jeden pomysł się kończy, rodzą się kolejne. Człowiek uczy się całe życie a ja chcę poznawać nowe rzeczy, zdobywać kolejne umiejętności, a przede wszystkim wartości, które potem mogę wnieść w swoje życie i życie innych ludzi.

 

Źródło zdjęć: zdjęcia Rafała Baszczyńskiego

Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Mediów i Komunikowania Społecznego, a także Studiów Podyplomowych w dziedzinie Redakcji Językowej Tekstu. Ukończyła również Autorską Szkołę Muzyki Rozrywkowej i Jazzu na kierunku ...