Your browser is not supported for the Live Clock Timer, please visit the Support Center for support.
Do góry

Dlaczego warto podróżować na własną rękę?

„Proszę państwa, za 15 minut spotykamy się przy autokarze po drugiej stronie rzeki.”

Siedząc na dziedzińcu Mezquity w cieniu drzewek pomarańczowych współczujemy wycieczce. Dojście do autokaru zajmie im mniej więcej połowę czasu, który dostali na zwiedzanie. A jest co zwiedzać. Mezquita to meczet i katedra w jednym. Siedzimy i słuchamy chorałów gregoriańskich w zupełnie nierealnym, niekatolickim otoczeniu.

 

 

I to nas utwierdziło w przekonaniu, że tak długo jak się da, będziemy jeździli sami. Nie, nie negujemy funkcjonowania biur podróży, ale to jednak nie dla nas. Dlaczego? Przede wszystkim swoboda poruszania się i dysponowania własnym czasem. Nie musimy być nigdzie na określoną godzinę, jeść pod dyktando, zwiedzać pod dyktando i w końcu robić zakupy pod dyktando. Bo, nie oszukujmy się, na koniec dnia większość wycieczek kończy w jakimś sklepie. Ale rozumiemy ludzi, którzy korzystają z biur: czas, możliwości, egzotyczne miejsca.

 

 

Dlaczego warto podróżować na własną rękę? Była już swoboda wyboru. To teraz termin. Sami ustalamy gdzie i kiedy, chociaż często przy jego wyborze bierzemy pod uwagę oferty lotnicze. Mamy kilka upatrzonych kierunków, sprawdzamy ceny biletów i tak klaruje się kolejny kierunek naszej podróży.

 

 

Podróż na własną rękę to kurz, pot, a czasami nawet siniaki i blizny. Ale żadne biuro nie zapewni takich atrakcji jak indywidualne wyjazdy: imam modlący się w busiku jadącym do Petry; przerzucanie z busa do busa jak „gorące ziemniaki” w Mołdawii; zainteresowanie całego autobusu: skąd jesteś?, i idące za tym kolejne pytania: dlaczego?, po co?, i na jak długo tu przyjechałeś? (Bangladesz); jazda z kurczakami, workami mąki i pomoc w ich rozładunku (Belize); 47 godzin w podróży (zamiast 17), bo akurat pora deszczowa i drogę podmyło, zalało i zerwało (Laos); wskakiwanie do busa na czerwonym świetle, bo właśnie zauważyliśmy, że jedzie w naszym kierunku (Albania); wskakiwanie w biegu do skręcającego autobusu,  gdyż z braku przystanku tylko na zakręcie może zwolnić (Gwatemala). I ta koszmarna bezsilność, gdy autobus jest opóźniony o kilka godzin, a do tego jeszcze każą wysiadać nie wiadomo gdzie, bo jednak nie jadą tam, dokąd kupiło się bilet; bo już za późno. I lądujesz na środku drogi w jakiejś „dziurze” na drugimi końcu świata i na dobrą sprawę nie wiadomo co dalej robić (Nepal). I jak to mówi moja druga połówka i towarzysz podróży w jednym: „ale będziesz miała o czym opowiadać”. Fakt, później jest o czym opowiadać.

 

 

Dlatego nie bójcie się samodzielnych wyjazdów. Cała zabawa polega na tym, że jesteście od początku do końca świadomymi uczestnikami takiej eskapady. A jaka jest satysfakcja, gdy nazwy z przewodnika czy mapy materializują się na mijanym znaku drogowym!

Później w domu patrzysz na plamę na koszulce czy dziurę w spodniach i przypomina ci się, gdzie powstała, i wracają wspomnienia, i znowu chcesz jechać.

 

 

 

Źródło zdjęć: zdjęcia Autora

Na co dzień od 9 do 17 siedzą za biurkiem ze wzrokiem utkwionym w ekranie komputera. Ale gdy tylko nadarza się okazja, pakują plecaki i jadą. I tak podróżują razem, przez życie i przez świat, od ponad 18 lat. Zwiedzili i odwiedzili ponad 70 krajów.